Marshalla
McLuhana słów kilka o
Jedenastej Muzie
(a i
dla World Wide Web też się
miejsce znajdzie!)
Telewizja...
Niereformowalne targowisko próżności czy jednak
najbardziej opiniotwórcze i dbające o rozwój kultury społecznej/w społeczeństwie medium zamknięte w jednym pudełku (no, przy
obecnym postępie technicznym może raczej w czymś na kształt metalowej teczki ;))? Prawda zapewne, jak zwykle,
leży gdzieś pośrodku. Tymczasem przyjrzyjmy się temu, jakie obserwacje w tym
obszarze poczynił kilkadziesiąt lat temu kanadyjski teoretyk komunikacji,
ale i absolwent anglistyki na
Uniwersytecie w Manitoba, "arcykapłan popmyśli", od wielu lat
"najbardziej poszukiwany akademik w okolicy", wielbiciel Joyce'a wraz
z całym dobrodziejstwem inwentarza i strumienia świadomości, człowiek -
orkiestra, ale i legenda - jednym słowem, przed Państwem: Marshall McLuhan!
CYTAT NR 1: Przez telewizję świat stał się wsią, a spora część programów przypomina
wsiowe plotki.
Pod tymi słowami z pewnością podpiszą się wszyscy zwolennicy wizji wymienionej
przeze mnie jako pierwszej w otwierającym tekst pytaniu retorycznym. Spójrzmy prawdzie w oczy - w tej kwestii niewiele się zmieniło. O ile
to, że dzięki telewizji ludzi zaczęli mieć możliwość coraz lepszego
orientowania się w świecie, a perypetie mieszkańca Ameryki Środkowej stały się
nam bliskie niczym rozterki sąsiada zza płotu, ma swoje dobre i złe strony, o
tyle druga część tego stwierdzenia ma już wydźwięk jednoznacznie
pejoratywny. Tym bardziej zatrważająca jest aktualność tego spostrzeżenia,
szczególnie, gdy obecnie coraz częściej stawiane
jest pytanie o misyjność telewizji. Na kanałach aż roi się od głupawych
seriali, wulgarnych teledysków, powielanych
bezustannie formatów rozrywkowych, których uczestnicy popisują się przeważnie
wątpliwymi umiejętnościami lub po prostu bezmyślnie i tylko na chwilę zasilają
i tak już ciasny rynek muzyczny. Żyjemy w czasach, w których nierzadko najlepiej sprzedają się banały, głupota, żenada i niekompetencja -
karierę i popularność zyskują osoby, które naprawdę przyszły z przysłowiowej ulicy. Nie stoją za nimi żadne osiągnięcia,
brak im rzetelnego wykształcenia, przygotowania, ba, nawet tak trywialnych,
zdawałoby się, cech jak kultura osobista i iloraz inteligencji nieodbiegający
od normy. Ostatnio można również zaobserwować
rozkwit kolejnych odsłon programów śniadaniowych,
typowych "zapychaczy" czasu antenowego, usiłujących pokazać widzom,
jak powinni żyć, propagując jednocześnie dość niskie wzorce kulturowe. Ponadto,
nawet posiadając pakiet premium, próżno za dnia szukać
tam wartościowych filmów, a i nawet w tych
nieszczęsnych
porach nocnych, które to bezustannie spotykają się z
uwielbieniem ze strony autorów ramówki, a bywają dość uciążliwymi
dla większości przedstawicieli ludu pracującego / zbiorowości studenckiej,
coraz rzadziej można natrafić na ciekawy seans. Kiedy więc rekordy popularności
biją wszelkie reality show,z których możemy dowiedzieć się z kim spotyka się kolejna gwiazdka jednego sezonu
bądź też, dla odmiany, z kim właśnie rozstała się przebrzmiała celebrytka, to
trudno nie zgodzić z uczonym - telewizja w wielu aspektach niczym nie różni się od
"wsiowych plotek".
Sentencja ta
odwołuje się także do kluczowego dla ideologii McLuhana pojęcia globalnej
wioski (ang. global village), które pojawiło się w jego najbardziej cenionej po dziś dzień pracy Galaktyka
Gutenberga (ang. The Gutenberg Galaxy). Co ciekawe, termin ten
obecnie stosowany jest głównie do metaforycznego
określenia
Internetu, co sytuuje go jako tego, który zdołał zdetronizować
telewizję, odebrać jej tytuł nadrzędnego medium przekazu informacji - przede
wszystkim dlatego, że umożliwia nawiązanie kontaktu z drugim człowiekiem,
wejście w interakcję, niegdyś wymianę poglądów, dziś niestety
coraz częściej prędzej obelg. Ta spadkowa tendencja wiążę się głównie z ogólnym dostępem do wszelkiego rodzaju forów - człowiek
przestał być tylko biernym odbiorcą, każdy z nas może za to stać się
komentatorem rzeczywistości, a nawet jej kreatorem, chociażby poprzez możliwość
tworzenia (video)blogów czy stron
internetowych.
CYTAT NR 2: Wychowywać to znaczy uczynić niewrażliwym na telewizję.
Kolejna sentencja
McLuhana podtrzymuje ducha, jakiego tchnął w tę pierwszą. Jeżeli powinnością
rodziców jest odcięcie dzieci - uosabiających przyszłość
naszej cywilizacji - od telewizji, zaczyna ona jawić się nam jako całe zło tego świata. Demonizowanie w niczym nam, dorosłym, tu jednak nie pomoże - przeciwnie, znając przekorę i ciekawość świata, które to
uaktywniają się już od najmłodszych lat, możemy spowodować efekt wręcz
odwrotny. Jeżeli będziemy udawać przed naszymi miluśińskimi, że telewizja w
ogóle nie istnieje, zepchniemy tylko problem pod dywan i albo sprawimy, że będą kryć się z
oglądaniem wątpliwej jakości programów, albo zrobimy im krzywdę, skazując na
życie w oderwaniu od - mimo wszystko - istotnego medium. Badania wykazują co
prawda, iż telewizja powoduje zanik asertywności, odwodzi od samodzielnego,
twórczego myślenia i co gorsza przyczynia się także do upadku więzi rodzinnych,
o czym świadczy już chociażby fakt, iż coraz częściej odbiornik jawi się jako
pełnoprawny członek rodziny, uczestnik spotkań i współbiesiadnik podczas
niedzielnego obiadu. Jego wspólnikiem w tej nie - słusznej sprawie stał się
obecnie oczywiście również i Internet, odpowiedzialny za niszczenie relacji
społecznych w jeszcze
szerszym kontekście i w bardziej radykalny sposób . Telewizor bowiem głównie ma
za zadanie wypełnić niezręczną ciszę, jak wisi w powietrzu między domownikami,
poddać im temat do - zazwyczaj i tak jałowej, ale zawsze - dyskusji, stworzyć
iluzję kontaktu i poczucia bezpieczeństwa. Internet dodatkowo proponuje nam
przeniesienie tych i tak kulejących relacji na płaszczyznę całkowicie fikcyjną,
ba, on zaprasza nas do wirtualnego, sztucznie wykreowanego świata, który wydaje
się znacznie bardziej atrakcyjny niż rzeczywistość. To właśnie w nim możemy
stać się (pożal się Boże!) "kimś", to tutaj możemy bez ogródek
powiedzieć Kowalskiemu z naprzeciwka co o nim tak naprawdę myślimy, to tu
udajemy kogoś innego, wchodzimy w nie swoją rolę - także przed samym sobą. W
związku z powyższym, mając świadomość tych wszystkich zagrożeń, ale i zalet
(takich - jak broniące się ostatnimi resztkami sił przed zadźganiem przez chłam
i komercję - programy edukacyjne, publicystyczne, kulturalne, pożyteczne
teleturnieje, teatry telewizji i ambitne filmy) powinniśmy nauczyć nasze
pociechy mądrego korzystania z oferty programowej. A i odrobina rozrywki (ale
błagam, nie z tej najniższej półki, nie schodźmy do rynsztoka!) jeszcze nikomu
nie zaszkodziła, od czasu do czasu każdy ma do niej prawo. Miejmy odwagę
powiedzieć głośno, że czasem, po całym dniu wytężonej pracy i pilnowania samego
siebie, co by nie wypaść z roli, po prostu przychodzi ochota, aby zasiąść przed
telewizorem, zrelaksować się, nie myśleć
o niczym, zapomnieć o Bożym świecie... i wtedy właśnie z pomocą
przychodzą nam telenowele etc (do takich szatańskich przypadków mistrzowskiego
marnowania czasu przyznaje się nawet sam Marcin Dorociński w jednym z wywiadów!
;)). Nie ma bowiem nic gorszego niż zmanierowane, snobistyczne nastolatki,
wkraczająca w dorosłość młodzież, która - obowiązkowo ze specjalną,
wystudiowaną wcześniej przed lustrem miną - ogłasza, że nie ogląda tej
ogłupiającej, plebejskiej rozrywki (zaraz, zaraz... jak jej tam? Ach, no tak,
telewizji!), och, nawet nie splamiła się zakupem odbiornika, tak, to z pewnością ubliżyłoby ich skrupulatnie
budowanej postawie awangardy i buntu, naruszyłoby w sposób nieodwracalny ich -
manifestowaną tonem nieznoszącym sprzeciwu - oryginalność i wolność.
CYTAT NR 3: Niekoniecznie zgadzam się ze wszystkim,
co mówię.
Powyższa, będąca
rodzajem asekuracji, kwestia doskonale wpisuje się w nieco pogmatwaną,
zwichrowaną, chaotyczną osobowość Marshalla McLuhana. W ten sam sposób daje się określić również jego specyficzny
styl pisania oraz kierunek autokreacji, w której - jak się zdaje - posługiwał się zasadą całkowicie przeciwną do powszechnie
znanej mądrości: "najpierw pomyśleć, później
powiedzieć". Mówiąc językiem bardziej obrazowym (filmowym?),
McLuhan najpierw strzelał, a potem zadawał pytania i zastanawiał się nad
właściwym sensem swych wypowiedzi, nieraz zdarzało mu się więc chybić bądź użyć
ślepych naboi. Biorąc jednak pod uwagę jego rewolucyjne tezy i - jak się okazuje - wciąż aktualne (o
zgrozo!) spostrzeżenia, chyba jesteśmy mu to w stanie wybaczyć... A jako, że
najlepiej jest uczyć się od Mistrzów, to tym właśnie
humorystycznym akcentem chciałabym zakończyć swoje refleksje o kondycji telewizji i jej miejscu w
naszym współczesnym
świecie. Zatem - niekoniecznie zgadzam się ze wszystkim, co mówię... ;)
Zawsze mogę przecież zmienić swoje zdanie i mam nadzieję, że w niedalekiej
przyszłości telewizja - swą konwersją - da mi do tego racjonalne powody.
Monika Ż.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz