Boy, if life were only like this. If life were only like this.
Woody Allen, Annie Hall


poniedziałek, 18 marca 2013



Marshalla McLuhana słów kilka o Jedenastej Muzie


(a i dla World Wide Web też się miejsce znajdzie!)




Telewizja... Niereformowalne targowisko próżności czy jednak najbardziej opiniotwórcze i dbające o rozwój kultury społecznej/w społeczeństwie medium zamknięte w jednym pudełku (no, przy obecnym postępie technicznym może raczej w czymś na kształt metalowej teczki ;))? Prawda zapewne, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku. Tymczasem przyjrzyjmy się temu, jakie obserwacje w tym obszarze poczynił kilkadziesiąt lat temu kanadyjski teoretyk komunikacji, ale  i absolwent anglistyki na Uniwersytecie w Manitoba, "arcykapłan popmyśli", od wielu lat "najbardziej poszukiwany akademik w okolicy", wielbiciel Joyce'a wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza i strumienia świadomości, człowiek - orkiestra, ale i legenda - jednym słowem, przed Państwem: Marshall McLuhan!


CYTAT NR 1: Przez telewizję świat stał się wsią, a spora część programów przypomina wsiowe plotki.


Pod tymi słowami z pewnością podpiszą się wszyscy zwolennicy wizji wymienionej przeze mnie jako pierwszej w otwierającym tekst pytaniu retorycznym. Spójrzmy prawdzie w oczy - w tej kwestii niewiele się zmieniło. O ile to, że dzięki telewizji ludzi zaczęli mieć możliwość coraz lepszego orientowania się w świecie, a perypetie mieszkańca Ameryki Środkowej stały się nam bliskie niczym rozterki sąsiada zza płotu, ma swoje dobre i złe strony, o tyle druga część tego stwierdzenia ma już wydźwięk jednoznacznie pejoratywny. Tym bardziej zatrważająca jest aktualność tego spostrzeżenia, szczególnie, gdy obecnie coraz częściej stawiane jest pytanie o misyjność telewizji. Na kanałach aż roi się od głupawych seriali, wulgarnych teledysków, powielanych bezustannie formatów rozrywkowych, których uczestnicy popisują się przeważnie wątpliwymi umiejętnościami lub po prostu bezmyślnie i tylko na chwilę zasilają i tak już ciasny rynek muzyczny. Żyjemy w czasach, w których nierzadko najlepiej sprzedają się banały, głupota, żenada i niekompetencja - karierę i popularność zyskują osoby, które naprawdę przyszły z przysłowiowej ulicy. Nie stoją za nimi żadne osiągnięcia, brak im rzetelnego wykształcenia, przygotowania, ba, nawet tak trywialnych, zdawałoby się, cech jak kultura osobista i iloraz inteligencji nieodbiegający od normy. Ostatnio można również zaobserwować rozkwit kolejnych odsłon programów śniadaniowych, typowych "zapychaczy" czasu antenowego, usiłujących pokazać widzom, jak powinni żyć, propagując jednocześnie dość niskie wzorce kulturowe. Ponadto, nawet posiadając pakiet premium, próżno za dnia szukać tam wartościowych filmów, a i nawet w tych nieszczęsnych porach nocnych, które to bezustannie spotykają się z uwielbieniem ze strony autorów ramówki, a bywają dość uciążliwymi dla większości przedstawicieli ludu pracującego / zbiorowości studenckiej, coraz rzadziej można natrafić na ciekawy seans. Kiedy więc rekordy popularności biją wszelkie reality show,z których możemy dowiedzieć się z kim spotyka się kolejna gwiazdka jednego sezonu bądź też, dla odmiany, z kim właśnie rozstała się przebrzmiała celebrytka, to trudno nie zgodzić z uczonym - telewizja w wielu aspektach niczym nie różni się od "wsiowych plotek".


Sentencja ta odwołuje się także do kluczowego dla ideologii McLuhana pojęcia globalnej wioski (ang. global village), które pojawiło się w jego najbardziej cenionej po dziś dzień pracy Galaktyka Gutenberga (ang. The Gutenberg Galaxy). Co ciekawe, termin ten obecnie stosowany jest głównie do metaforycznego określenia Internetu, co sytuuje go jako tego, który zdołał zdetronizować telewizję, odebrać jej tytuł nadrzędnego medium przekazu informacji - przede wszystkim dlatego, że umożliwia nawiązanie kontaktu z drugim człowiekiem, wejście w interakcję, niegdyś wymianę poglądów, dziś niestety coraz częściej prędzej obelg. Ta spadkowa tendencja wiążę się głównie z ogólnym dostępem do wszelkiego rodzaju forów - człowiek przestał być tylko biernym odbiorcą, każdy z nas może za to stać się komentatorem rzeczywistości, a nawet jej kreatorem, chociażby poprzez możliwość tworzenia (video)blogów czy stron internetowych.


CYTAT NR 2: Wychowywać to znaczy uczynić niewrażliwym na telewizję.


Kolejna sentencja McLuhana podtrzymuje ducha, jakiego tchnął w tę pierwszą. Jeżeli powinnością rodziców jest odcięcie dzieci - uosabiających przyszłość naszej cywilizacji - od telewizji, zaczyna ona jawić się nam  jako całe zło tego świata. Demonizowanie w niczym nam, dorosłym, tu jednak nie pomoże - przeciwnie, znając przekorę i ciekawość świata, które to uaktywniają się już od najmłodszych lat, możemy spowodować efekt wręcz odwrotny. Jeżeli będziemy udawać przed naszymi miluśińskimi, że telewizja w ogóle nie istnieje, zepchniemy tylko problem pod dywan i albo sprawimy, że będą kryć się z oglądaniem wątpliwej jakości programów, albo zrobimy im krzywdę, skazując na życie w oderwaniu od - mimo wszystko - istotnego medium. Badania wykazują co prawda, iż telewizja powoduje zanik asertywności, odwodzi od samodzielnego, twórczego myślenia i co gorsza przyczynia się także do upadku więzi rodzinnych, o czym świadczy już chociażby fakt, iż coraz częściej odbiornik jawi się jako pełnoprawny członek rodziny, uczestnik spotkań i współbiesiadnik podczas niedzielnego obiadu. Jego wspólnikiem w tej nie - słusznej sprawie stał się obecnie oczywiście również i Internet, odpowiedzialny za niszczenie relacji społecznych w jeszcze szerszym kontekście i w bardziej radykalny sposób . Telewizor bowiem głównie ma za zadanie wypełnić niezręczną ciszę, jak wisi w powietrzu między domownikami, poddać im temat do - zazwyczaj i tak jałowej, ale zawsze - dyskusji, stworzyć iluzję kontaktu i poczucia bezpieczeństwa. Internet dodatkowo proponuje nam przeniesienie tych i tak kulejących relacji na płaszczyznę całkowicie fikcyjną, ba, on zaprasza nas do wirtualnego, sztucznie wykreowanego świata, który wydaje się znacznie bardziej atrakcyjny niż rzeczywistość. To właśnie w nim możemy stać się (pożal się Boże!) "kimś", to tutaj możemy bez ogródek powiedzieć Kowalskiemu z naprzeciwka co o nim tak naprawdę myślimy, to tu udajemy kogoś innego, wchodzimy w nie swoją rolę - także przed samym sobą. W związku z powyższym, mając świadomość tych wszystkich zagrożeń, ale i zalet (takich - jak broniące się ostatnimi resztkami sił przed zadźganiem przez chłam i komercję - programy edukacyjne, publicystyczne, kulturalne, pożyteczne teleturnieje, teatry telewizji i ambitne filmy) powinniśmy nauczyć nasze pociechy mądrego korzystania z oferty programowej. A i odrobina rozrywki (ale błagam, nie z tej najniższej półki, nie schodźmy do rynsztoka!) jeszcze nikomu nie zaszkodziła, od czasu do czasu każdy ma do niej prawo. Miejmy odwagę powiedzieć głośno, że czasem, po całym dniu wytężonej pracy i pilnowania samego siebie, co by nie wypaść z roli, po prostu przychodzi ochota, aby zasiąść przed telewizorem, zrelaksować się, nie myśleć    o niczym, zapomnieć o Bożym świecie... i wtedy właśnie z pomocą przychodzą nam telenowele etc (do takich szatańskich przypadków mistrzowskiego marnowania czasu przyznaje się nawet sam Marcin Dorociński w jednym z wywiadów! ;)). Nie ma bowiem nic gorszego niż zmanierowane, snobistyczne nastolatki, wkraczająca w dorosłość młodzież, która - obowiązkowo ze specjalną, wystudiowaną wcześniej przed lustrem miną - ogłasza, że nie ogląda tej ogłupiającej, plebejskiej rozrywki (zaraz, zaraz... jak jej tam? Ach, no tak, telewizji!), och, nawet nie splamiła się zakupem odbiornika, tak, to     z pewnością ubliżyłoby ich skrupulatnie budowanej postawie awangardy i buntu, naruszyłoby w sposób nieodwracalny ich - manifestowaną tonem nieznoszącym sprzeciwu - oryginalność i wolność.


CYTAT NR 3: Niekoniecznie zgadzam się ze wszystkim, co mówię.


Powyższa, będąca rodzajem asekuracji, kwestia doskonale wpisuje się w nieco pogmatwaną, zwichrowaną, chaotyczną osobowość Marshalla McLuhana. W ten sam sposób daje się określić również jego specyficzny styl pisania oraz kierunek autokreacji, w której - jak się zdaje - posługiwał się zasadą całkowicie przeciwną do powszechnie znanej mądrości: "najpierw pomyśleć, później powiedzieć". Mówiąc językiem bardziej obrazowym (filmowym?), McLuhan najpierw strzelał, a potem zadawał pytania i zastanawiał się nad właściwym sensem swych wypowiedzi, nieraz zdarzało mu się więc chybić bądź użyć ślepych naboi. Biorąc jednak pod uwagę jego rewolucyjne tezy i  - jak się okazuje - wciąż aktualne (o zgrozo!) spostrzeżenia, chyba jesteśmy mu to w stanie wybaczyć... A jako, że najlepiej jest uczyć się od Mistrzów, to tym właśnie humorystycznym akcentem chciałabym zakończyć swoje  refleksje o kondycji telewizji    i jej miejscu w naszym współczesnym świecie. Zatem - niekoniecznie zgadzam się ze wszystkim, co mówię... ;) Zawsze mogę przecież zmienić swoje zdanie i mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości telewizja - swą konwersją - da mi do tego racjonalne powody.
Monika Ż.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz