Boy, if life were only like this. If life were only like this.
Woody Allen, Annie Hall


niedziela, 21 kwietnia 2013


Szczury w Bibliotece Babel
lament rudzików w betonowych klatkach

Internet jest czymś niesamowitym. Nieomal niepojętym. Do tego wszystkiego tak lotnym, że trudno zwrócić szczególną uwagę na jego cierpkość. Cierpkość niezauważalną prawie, ale jakże dosadną. Zniewoleni  zachwyceni są jego prostym pięknem , jego mobilnością, jego siłą oddziaływania, jego wszechobecną użytecznością, jego wspaniałym „wszystkim”. Wszystko się na nim opiera, począwszy od linii lotniczych po planowanie przestrzeni twórczej. Wszystko. Wdarł się nawet w nader wysublimowaną przestrzeń, którą tworzą literatura, film, muzyka, impertynencko wkroczył w sferę sztuki. Mało tego, nie tylko sztuki jako takiej, ale i w przestrzeń sztuki umysłów. Jest wszędzie. Wchłania, przetwarza, oddaje w zmienionej formie. To jak pożyczyć komuś pierwsze wydanie jakiejś książki i dostać z powrotem inny egzemplarz, w nowszym, ładniejszym wydaniu i miękkiej oprawie. Wolumin jest lżejszy i ładniejszy, ale to nie to samo.  Tak właśnie  Internet zabiera ciężar przykładowej książki i oddaje w łatwo przyswajalnej formie. Prawie wszystko znalazło się już na taśmie wędrującej ku krematorium kulturowemu, by „później” wyfrunąć jako opary niegdysiejszego piękna. W dymie pojawiają się drobinki, które stosunkowo łatwo osadzają się na gałęziach drzew zamieszkiwanych przez stare, nieprzystosowane do lotu w tych oparach ptaki.


Na wszystkim  osiądzie ciemny pył. Rewolucja Web  2.0 jest procesem nieuniknionym. Nie ma już odwrotu. Zniszczy wszystko. Trudno nie usłyszeć  wzburzonych odpowiedzi: Internet wcale nie niszczy. Ocala, uświetnia i udostępnia na wielką skalę. Ba! Pozwala nawet powstawać z popiołów.
Być może alergia na „dym” rodzi się ze strachu przed kolejną rewolucją, kolejnym wynalazkiem, kolejnym nieodgadnionym? Andrew Keen w dziele  Kult amatora. Jak Internet niszczy kulturę zauważa, że każdy wynalazek (chociażby „banalny rower”) budził początkowo nieokiełznany strach. „Mamy do czynienia z jakimś nowym cyklem kultury jeszcze trudnym do zdefiniowania, ale nawiązującym do najwcześniejszych epok w kulturze. Przez większość dziejów ludzie sami produkowali kulturę dla siebie. (…) Była to swoista presumpcja (produkcja i konsumpcja
w jednym (…) To ignorancja zmieszana z egoizmem, złym smakiem
i rządami tłumu”, pisze Keen, „(…) tworzą nieskończony cyfrowy zbiór miernoty. Dzisiejsze małpy aktywne w czasach kultu amatora mogą wykorzystać połączone w sieć komputery, by opublikować wszystko-począwszy od głupiego politycznego komentarza, przez nienadające się do oglądania domowe filmy wideo, żenująco amatorską muzykę, a skończywszy na wierszach, recenzjach , esejach i powieściach, których nie da się czytać.”, i dalej: „ Dla utopistów Generacji Y  każdy post to kolejna wersja prawdy; każda fikcja-to kolejna wersja faktów. Mamy tez Wikipedię - encyklopedię w sieci-gdzie każdy, kto ma przeciwstawne kciuki i wykształcenie na poziomie piątej klasy szkoły podstawowej może opublikować(…)”  et cetera, et cetera, et cetera… Keen zaznacza także, iż poza całym ogromnym zbiorowiskiem śmieci , na które przykro w ogóle zwracać uwagę, zamieszanie
w bezpośredni sposób „ Umniejsza rolę  ekspertów, doświadczenia i talentu”.  Sytuację doskonale określa zdanie brytyjskiego premiera Jamesa Callaghana: „ Kłamstwo może okrążyć świat, zanim prawda zdąży założyć spodnie.” Dotyczy to w dużym stopniu blogsfery, gdzie publikowane treści nie są weryfikowane, ani  jakkolwiek kontrolowane (ot, choćby przykład tego, co właśnie czytamy ). Keen zwraca szczególną uwagę na permisywizm odnośnie własności intelektualnej. Rewolucja cyfrowa w bliskiej przyszłości może doprowadzić do powstania pokolenia cyfrowych złodziei, którzy niekoniecznie uznają takie pojęcia jak autorstwo/własność”. „Nieszkodliwe” kradzieże plików muzycznych czy książek wiążą się
z obniżeniem tantiem dla artystów. No właśnie, artyści… Internet pozornie sprzyja zaistnieniu właściwie każdemu, co więc za tym idzie, także i ambitnemu twórcy, jednakże, jak zauważa Keen „Odnalezienie prawdziwego talentu w morzu amatorszczyzny i troska o niego może być prawdziwym wyzwaniem świata Web 2.0.(…) Talent jak nigdy dotąd to ograniczony zasób, igła w cyfrowym stogu siana.” Jeżeli tak trudno to znaleźć, to znaczy, że można na to objawienie natrafić mimochodem; zresztą „Nadeszła godzina amatora i teraz to publiczność jest gwiazdą.” Do czego to wszystko prowadzi? Między innymi do podważania autorytetu ekspertów, ludzi, którzy poświęcili się dla swojego dzieła. Marii Curie-Skłodowskiej siedzącej w ciemnym chłodnym ciasnym pokoiku, żywiącej się przez lata wyłącznie czarną rzodkwią, a potem godzinami próbującej uzyskać odrobinę soli radu, eksperymentującej i dochodzącej do doskonałości pokornej służebnicy wiedzy, przewyższającej tłum. I inni, spędzający młodość w bibliotekach, obierający drogę „tę rzadziej uczęszczaną”.  No i po co?  Przecież wszystko jest w Internecie. Tworzyć może każdy. Wypowiadać się w tej, czy innej dziedzinie, tworzyć strony, czemu nie- po cóż eksperci pracujący „na piechotę”? Ale w czym to przeszkadza? Curie-Skłodowska (Keen akurat o niej nie pisze) na pewno nie dłubałaby godzinami w okropnej masie przy pomocy dwumetrowego mieszadła, jeżeli mogłaby do tego użyć innych technologii. Ekspert wcale nie ma mniej do powiedzenia, tylko nie mówi dostatecznie głośno-nie musi. Czyżby ten cały tłum naczelnych miał pozbawić autorytetu przewyższającą go jednostkę? Keen pisze dalej:  „Pozbawiając ekspertów autorytetu , pozwalamy bezpłatnym, tworzonym przez użytkowników Internetu treściom podważać nasze instytucje kulturalne”.  Brzmi jakby wyolbrzymione? „Wikipedia Jimmy’ego Walesa z milionami amatorów redaktorów i mało wiarygodną treścią, znajduje się na 17.miejscu najczęściej odwiedzanych stron internetowych. Britannica.com współpracująca z setką laureatów Nagrody Nobla i czterema tysiącami  wykwalifikowanych współpracowników znajduje się na 5128. miejscu.” To wszystko jest zgodne z prawdą, jednakże jeżeli Britannica.com znajduje się na jakimkolwiek miejscu, to znaczy, że ktoś jej jednak używa, ktoś naprawdę zaangażowany w sprawę, którą zgłębia. Niektórym wystarczają jedynie pobieżne informacje na temat szukanej frazy, ich strata.
Kolejna sprawa-książki. Dostępne w wersji cyfrowej, ściągane z sieci, czytane na płaskich poręcznych czytnikach. Zamawiane, bez potrzeby kilkugodzinnego szperania w indeksach bibliotek, lub, jeszcze lepiej, między półkami. Niezliczone pozycje możliwe są do przeczytania za pośrednictwem rozlicznych stron internetowych, których zasoby przewyższają miejskie biblioteki. „Zdaniem Johna Sutherlanda, przewodniczącego nagrody Bookera, <<Człowiek musiałby żyć 163 razy, aby udało mu się przeczytać literaturę dostępną po kliknięciu myszą na stronie Amazon.com”. Czy to nie wspaniałe? Cały wszechświat dostępny  przy tak niewielkim wysiłku. Andrew Keen  przewiduje powstanie wielkiej płynnej biblioteki (czyli ziszczenie pomysłu Kevina Kelly, utopisty z Doliny Krzemowej, który chce ostatecznie zniszczyć instytucję książki). Biblioteki, w której znajdą się wszystkie, absolutnie wszystkie dzieła. Komplet zostaje przeniesiony do sieci (czy może w sieć złapany). Będzie można znaleźć książkę po podaniu wyjętego z niej fragmentu. Co więcej, możliwe stanie się łączenie fragmentów różnych tekstów i tworzenie tym samym nieskończonej liczby kompilacji. Czyż to nie ekscytujące? Tak, zabawa we Frankensteinów bywa tyle fascynująca, ile okrutna dla powstałego monstrum. Tylko czy potencjonalnych Doktorów jest aż tak wielu? Wątpię, by wielu z nich chciało ślęczeć nad Shawem, Süskindem i Cunninghamem, i naśladować Amelię Poulain. Kelly pragnie stworzyć „sieć nazwisk i wspólnotę pomysłów”- czy to aby nie pasuje do określenia Internetu jako takiego?  Księgarnie przestaną istnieć. To bardzo, bardzo powoli dzieje się już dzisiaj. Powoli rośnie w górę Biblioteka Babel. (Skąd Biblioteka Babel? „W 1939 roku Jorge Luis Borges, na wpół niewidomy Argentyńczyk z Buenos Aires, geniusz jeśli chodzi o ciemną stronę wyobraźni, napisał krótkie opowiadanie Biblioteka Babel, w której przepowiedział horror niekończącej się biblioteki, która nie ma centrum, nie ma żadnej logiki. Zamiast tego jest chaosem nieokreślonej, i być może nieskończonej, liczby sześciobocznych galerii. Biblioteka Babel Borgesa to Internet-anonimowy, niepoprawny, chaotyczny, obezwładniający. To miejsce, gdzie nie istnieje żadna konkretna rzeczywistość, dobro i zło, rządzący kod moralny, to miejsce gdzie prawda jest selektywna
i nieustannie podlega zmianom. Doświadczenie surfowania po Internecie przypomina błąkanie się po heksagonalnych galeriach biblioteki Borgesa. Prawda jest ulotna, zawsze oddalona o jedno kliknięcie.”).
A co z innymi dziedzinami sztuki? Co z Mozartem, Erődem, Schubertem? Keen wyraża swój niepokój: „Nie mogę sobie wyobrazić Jana Sebastiana Bacha wydającego surową wersję swoich Koncertów Brandenburskich do zmiksowania lub przemieszania przez publiczność(…)”, a później przedzierać się przez niezliczone głęboko ułomne wersje, zanim dotrze się do oryginału. Tak właśnie dochodzi do defragmentacji kultury. Każdy może coś zmienić, każdy ma prawo działania; tylko gdzie później zgromadzić te preludia tak, żeby nie zagłuszały Preludiów? Preludia… Smutna prawda jest taka, że niewiele osób chciałoby się bawić z Erődem.  Próżne słowa, rozstrojone instrumenty… a jak to wszystko melodyjnie rzęzi-nagrajmy to i puśćmy w eter! Czemu nie? Każdy ma prawo. Równe prawo. Machając do „prawa” z innej strony: „Cena jaką płacimy za wzrost równouprawnienia, który przyniósł nam Internet, to zdecentralizowany dostęp do niezredagowanych informacji, w tym środku przekazu, wkład wnoszony przez intelektualistów traci zdolność do skupienia uwagi”, jak twierdzi przywołany przez Keena Jürgen Habermas, jeden z najbardziej wpływowych socjologów w Europie.  W hermetycznych sieciowych obszarach toczy się „życie” pomiędzy członkami tej wspólnoty, członkami o tych samych tematach do rozmowy, o podobnych opiniach, podobnych ideach, ach, jak ciepło!  Cóż za „cyfrowy narcyzm”! „Jedyne rozmowy, jakie nas interesują , to te, które prowadzimy sami i z osobami takimi jak my.”, zauważa autor Kultu amatora… .  Trudno, żeby było inaczej, jeżeli
w innych „pozasieciowych” sferach można to spostrzec od dłuższego czasu, na pewno  jednak nie na tak wielce drapieżną skalę; na tak sztucznych konstrukcjach, gdzie zamiast powietrza, pyłu
i zanieczyszczeń umieszczono szkło pancerne dla ‘idiotycznych’ starych ptaków, które stanowią bezużyteczne opierzone fruwające mięso, bo nie chcę, nie umieją, nie rozumieją, czemu zmusza się je do zmagania się z tą barierą, do wdychania tego dymu, do bycia pół-imbecylem, tylko dlatego, że nie wiedzą, że wystarczy przecież wcisnąć guzik, przesunąć dźwignię, żeby przelecieć na drugą stronę.
I pcha się je w tamtym kierunku, bo muszą wreszcie odkryć, że bez dźwigni i guzików, bez klawiszy się „nie da”. (Jak w Lolu Mrożka - nie naciśniesz odpowiedniego klawisza, nie dostaniesz słoninki, nie poczujesz jej zapachu oblizując łapki;  jedyne, co możesz poczuć to niezidentyfikowane uczucie, które każe biec, uciekać, skakać, gryźć, pływać… Tylko o co chodzi?) No i rozbijają się o pancerną szybę. Bo tam trzeba lecieć. Bo trzeba truć się, bo trzeba żyć, żeby móc umrzeć. Brudne spostrzeżenia na temat cudownego Internetu, który otwiera tyle drzwi, do tylu, tylu pomieszczeń ,który dla kogoś absolutnie odciętego od funkcjonowania w otwartym świecie może zdawać się jedynym przyjaznym światem, jedyną szybą przepuszczającą światło, nawet jeśli jest ze szkła pancernego.
Jeszcze tylko o „Dniu, w którym umarła muzyka”. „NAJWIĘKSZY SKLEP MUZYCZNY NA ŚWIECIE OTWARTY OD GODZINY  9:00 DO 24:00 365 DNI W ROKU Taki napis figurował nad drzwiami sklepu na rogu ulic Bay i Columbus w San Francisco. Najpopularniejszy sklep muzyczny w Ameryce (w którym można było znaleźć każdy rodzaj muzyki) został założony w 1968 roku. Jednak wraz z narodzinami Internetu, pod koniec lat 90.[Keen ma zapewne na myśli jego wielkie spopularyzowanie] Zaczął podupadać. Padł ofiarą rewolucji cyfrowej. Obecnie już go nie ma. Teraz wszystko można mieć taniej
i szybciej, nie będzie jednak kontaktu ze sprzedawcą-pasjonatem, nie będzie możliwości przypadkowego natknięcia się na płytę, która może okazać się objawieniem, nie będzie także i płyt (bo zapewne i szelest winyli będzie można utrwalić cyfrowo), nie będzie też miejsc, gdzie można byłoby wejść chroniąc się przed deszczem  roztrzaskanego pancernego szkła.
Paul Simon w rozmowie z Andrew Keenem zauważa: „Możliwe, że pożar jest konieczny, by nowe gatunki roślin mogły energicznie rosnąć. Niestety to odległa perspektywa. Na pierwszy rzut oka widać spustoszenie-uważa Simon.–Może się czegoś nauczysz, nigdy nic nie wiadomo. Ale tak czy inaczej, musisz iść dalej. Nie skończył na tym swojego przesłania. –Wkraczamy w epokę 2.0 –podsumował-czy nam się to podoba, czy nie, tak się stanie.”
Poza idiotami o przeciwstawnych kciukach, którzy przecież mają taką siłę i moc, i którym nie należy zabierać z pola widzenia dźwigni, klawiszy i guzików, należałoby też spojrzeć na te idiotyczne stare ptaki, które naprawdę nie chcę być zmuszane do szukania klawiszy- wyobrażają sobie bez nich życie, nawet jeśli zdawałoby się puste, konserwatywne i pełne mgły.
Pola S.










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz