Media
jak narkotyk, narkotyk jako medium?
Biorąc
pod uwagę tematykę moich poniższych rozważań, mogłabym tłumaczyć swe opóźnienie
intensywnym zgłębianiem tajników wyżej wymienionych oraz utratą poczucia/upływu
czasu tudzież kontaktu z rzeczywistością, ale... Żarty na bok, bo temat
poważny, a ja usprawiedliwiać się nie lubię - bardzo przepraszam za
zamieszczenie tekstu po czasie Wszystkich Czytelników i Zainteresowanych!
MŻ
- Nie wpadlibyście do mnie na trochę? Jest wolna chata. A facet mojej
mamy ma parę fantastycznych longów: Led Zeppelin, David Bowie, Ten Years After,
Deep Purple i podwójny album z Woodstock. [1]
Od tych, zdawałoby się, niewinnych słów
zaczynały się pierwsze narkotykowe "spotkania" bohaterów legendarnej
już dzisiaj książki, tytułowych Dzieci z
Dworca ZOO. Wydarzenia opisane w tym ponad dwustu stronicowym reportażu,
będące osobistym doświadczeniem Christiane F. - wówczas zaledwie nastoletniej
dziewczynki - a także jej przyjaciół, rodziny, znajomych stanowią po dziś dzień
nadal wstrząsające, poruszające i przerażające w swej istocie świadectwo. Aż
trudno uwierzyć, że ten koszmar rodem z Berlina Zachodniego lat 70. ubiegłego
wieku naprawdę miał miejsce. W tekście tym nie chcę jednak dłużej rozwodzić się
nad niewątpliwym tragizmem tych historii, które nigdy nie powinny były się wydarzyć.
Chciałabym jedynie pokusić się o próbę stworzenia listy kilku przykładów tego,
jak narkotyki stają się dla ludzi rodzajem medium, ale też i w drugą stronę -
jak media stają się opium dla mas.
SEX, DRUGS AND ROCK'N'ROLL
Rozmawiali
o muzyce. O muzyce, o której niewiele jeszcze wiedziałam. Uwielbiałam wszystkie
te zespoły grające dla smarkaczy. (...) Po krótkim czasie, mnóstwa się już
nauczyłam. Znałam nie tylko muzykę, która ich brała, nauczyłam się też ich
języka. Był inny, jak wszystko u nich. (...) Spuściliśmy rolety. W świetle,
które przez nie przechodziło, unosiły się smugi dymu. Puściłam płytę,
zaciągnęłam się i trzymałam dym w płucach tak długo, że aż dostałam ataku
kaszlu. Wszyscy byli jacyś tacy skupieni. Każdy gapił się w przestrzeń i
słuchał muzyki.[2]
To już fragment opisujący pokrótce
podejście środowiska młodych narkomanów do muzyki.
Traktują ją jako niezbędny składnik swoich seansów z haszyszem w tle (a właściwie na pierwszym planie;), które momentalnie przeistaczają się w coś na kształt rytuału,
zarezerwowanego tylko i wyłącznie dla sekty wtajemniczonych. Staje się ona dla
nich dopełnieniem, wyrażeniem ich stanu. Słuchanie określonego rodzaju muzyki
pod wpływem narkotyku poszerza horyzonty tego doświadczenia, zwiększa doznania,
otwiera na nowe sensy. Nie jest tajemnicą, iż substancje odurzające mogą
powodować zniekształcenie percepcji wzrokowej i słuchowej, a nawet wręcz
urojenia i halucynacje. Te wszystkie reakcje ludzkiego organizmu stwarzają więc zupełnie
niepowtarzalne, nieporównywalne z niczym innym możliwości percepcji. W tej
sytuacji narkotyk staje się swego rodzaju medium, formułującym przekaz i sterującym
odbiorem tegoż przekazu.
Poza tym, krążą przecież rozmaite
legendy o tym, jak to Robert Plant i inni uwielbiani przez te środowiska
artyści tworzyli teksty swoich największych hitów w narkotycznym transie, przez co, tak naprawdę, nie jesteśmy w stanie w pełni
zrozumieć ich przesłania - zapewne już dla samego autora bowiem po powrocie do
rzeczywistości, jaką wszyscy znamy, stają się one dość zawikłane i niejasne. Uczestnikom
takich seansów być może wydaje się, że poprzez wprowadzenie się w podobny stan (pod)świadomości połączą się oni z Absolutem uosobionym w wokaliście zespołu Led Zeppelin i dzięki temu pojmą wszelakie ukryte treści
(włącznie z podprogowym przekazem skierowanym do szatana, jaki ponoć staje się
czytelny po przesłuchaniu utworu od tyłu) zawarte w Stairway to heaven. Ale czyż
nie o to w tym wszystkim chodzi? Czyż nie pragniemy odbierać muzyki
instynktownie, nie doszukując się w niej sensu literalnego, ale właśnie tego
pozaziemskiego (dosłownie;) wydźwięku?
Dla dociekliwych:
WITKACY W LAS VEGAS
Wyznawcy teorii głoszącej, iż warto
szukać nowych perspektyw odbioru sztuki poprzez stosowanie używek, mogą sobie
podać ręce z Stanisławem Ignacym Witkiewiczem, czyli Witkacym. Ten oto podhalański
malarz, literat, fotografik i filozof, kiedy już zrezygnował z farb olejnych, dochodząc do wniosku, iż za
ich pośrednictwem nie jest w stanie zawrzeć w swych obrazach idei Czystej Formy,
którą to był wręcz opętany, założył własną "Firmę Portretową". Swym
klientom proponował aż 5 różnych typów wizerunków, od A do E. Dla nas najbardziej
interesujący jest rodzaj C, jako że zakładał obecność narkotyków w organizmie twórcy.
W ten sposób Witkacy portretował głównie swoich przyjaciół i znajomych podczas
przyjęć towarzyskich - nie wszyscy mogli więc dostąpić tego
"zaszczytu". Na tak powstałych obrazach, oprócz zwykłego podpisu,
znajdują się także dopiski informujące o tym, pod wpływem jakich substancji
powstały. I tak, na przykład, "Co" oznacza tu kokainę, "Et"
- eter, "Eu" - eukodal, "Cof" - niewinną w tym zestawieniu
kawę. Pojawia się gdzieniegdzie także "pyfko"/"pywo",
którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, a także tajemnicze skróty w
rodzaju "FBZ" (fajka bez zaciągania) czy "NP12" (nie palił
12 dni).
Dla porównania: Portret Neny Stachurskiej, 1930 r.
Strategia twórcza obrana przez
autora Szewców to kolejny przykład
tego, jak narkotyk staje się medium nadzorującym sztukę, nadającym jej nowy kształt. Zniekształcenia percepcji
wzrokowej, objawiające się w zaburzeniach akomodacji[3],
ostrości widzenia, szybkości reakcji, także złudzeniach i halucynacjach oraz
ich efekty zostają uwiecznione na obrazie. Odbicie rzeczywistości w narkotycznym
krzywym zwierciadle to niezwykle inwencyjna i intrygująca droga przekazu tego,
co "poeta (i nie tylko) miał na myśli" (albo nawet nie zdawał sobie sprawy, że ma!).
W tym miejscu warto wspomnieć chociażby o kultowym w niektórych kręgach Las Vegas Parano w reżyserii członka grupy Monty Pythona (skądinąd, niestroniącego od
absurdalnego humoru - niektóre skecze, jak chociażby Znajdź rybę ze słynnego Sensu
życia..., dość mocno balansują na granicy surrealizmu i minimalnej choćby
czytelności), Terry'ego Gilliama. Bohaterami filmu są dziennikarz Raoul Duke
(Johnny Depp) oraz prawnik Gonzo (Benicio del Toro), którzy podróżują przez
bezdroża Ameryki, by dotrzeć do Las Vegas, gdzie mają zdać relację z pewnego
rajdu. Nieodłącznymi towarzyszami są dla nich wszelkiego rodzaju narkotyki i
alkohol, co sprawia, że przeżywają prawdziwie amerykański sen na jawie.
Znamienny staje się tutaj też oryginalny tytuł dzieła, jak zwykle wiernie
przetłumaczony na język polski (choć przyznaję, akurat w tym wypadku Las Vegas Parano brzmi o niebo lepiej
niż Lęk i odraza w Las Vegas), czyli Fear and Loathing in Las Vegas,
naznaczający pejoratywnie rzeczywistość używek.
Tymczasem trailer:
MARSHALL MCLUHAN ONCE AGAIN
No, to teraz w drugą stronę - czy
media mogą stać się narkotykiem? Z odpowiedzią w swym wykładzie połączonym z ciekawą, psychodeliczną
wizualizacją spieszy jak zawsze niezawodny Marshall McLuhan. Posłuchajmy więc,
co nasz Guru ma do powiedzenia w tej sprawie:
Przeciętny Polak każdego dnia spędza
przed telewizorem średnio ponad 4 godziny, a 10 % z nas poświęca na oglądanie
wątpliwej jakości programów i seriali nawet 2 razy tyle czasu! O tym, że
problem naprawdę istnieje, świadczy nawet sam fakt wykrystalizowania się takich
terminów jak medioholizm czy tvholizm (telemania) - język bowiem zawsze
odpowiada na potrzeby zastanej rzeczywistości. Takie uzależnienie jest
najbardziej powszechne - i niestety, także najbardziej niebezpieczne - już u dzieci, niezwykle podatnych na treści oraz środki wykorzystywane przez
telewizję. Prowokuje ona hiperaktywność naszych zmysłów, a przede wszystkim
oczu, potrafi pochłonąć naszą uwagę na znacznie dłuższą ilość czasu niż początkowo
zaplanowaliśmy, często tracimy kontrolę nad jej użytkowaniem, narzuca nam ona
swoje reguły gry, niejako przekształcając znaną nam dotychczas rzeczywistość...
Czy to nam czegoś nie przypomina? W podobny sposób działają narkotyki - ale
wpływ tych zdecydowanie bardziej rzuca się w oczy, dlatego często trudno nam
sobie uświadomić nałóg oglądania, nie wymyślono też dotychczas żadnej kuracji
odwykowej.
Myślę, że dość ciekawym
zobrazowaniem tego podobieństwa substancji odurzających (i nie tylko, jak się
zaraz okaże!;) i odbiornika (czy może należałoby tu raczej powiedzieć -
przekaźnika) telewizyjnego są słowa Orsona Wellesa, reżysera obowiązkowej
pozycji każdego filmoznawcy (i medioznawcy też!;) - Obywatel Kane:
Nienawidzę telewizji. Nienawidzę jej
tak bardzo jak orzeszków. Ale nie umiem przestać jeść orzeszków.
Smutne, ale prawdziwe! ;)
OPIUM Z LICENCJĄ NA UŻYW(K)ANIE
Na koniec chciałabym podkreślić, że
powyższy tekst jest jedynie wybiórczym spojrzeniem na kwestię wzajemnych
powiązań mediów i narkotyków, w żaden sposób nie wartościującym pozytywnie, jako
godnych polecenia wymienionych praktyk odnoszących się do percepcji rzeczywistości
i otwierających przez to nowe drzwi do nowych znaczeń w przestrzeni szeroko
pojmowanej sztuki. :) Myślę, że najlepiej pozostać przy interpretacji Estery
Krumbachovej, czeskiej kostiumografki i scenarzystki, która powiedziała kiedyś, że:
Ludzie XX wieku uwielbiają cuda
techniki, do których należy film. To jakiś rodzaj opium.
Pozwólmy
więc magii kina na to, by nas odurzyła, uzależniła od siebie, stała się naszą
jedyną używką, przez pryzmat której będziemy próbować odbierać rzeczywistość i otwierać się na jej nowe, jeszcze nieodkryte sensy![4]
Monika Ż.
P. S. A w międzyczasie możemy poszukać rybki... :)
MŻ
[1] Vide:
Christiane F., My, dzieci z dworca ZOO,
z zapisu magnetofonowego podali do druku Kai Herman i Horst Rieck, tłum.
Ryszard Turczyn, Warszawa 1987, str. 30 - 31.
[2] Ibidem.
[3] Przyp. red. : trudne
słowo; inaczej nastawność oka; zjawisko dostosowania się oka do oglądania
przedmiotów znajdujących się w różnych odległościach.
[4] Przyp. red. vol. 2: żeby nie
zrobiło się zbyt słodko: najprostsza droga do kinofilii.
Bardzo fajnie napisane. Pozdrawiam serdecznie !
OdpowiedzUsuńCo by nie było to narkotyki są złe i raczej nie mam pozytywnych aspektów tych środków. Tym bardziej, należy walczyć z takim uzależnieniem i moim zdaniem warto jest w ośrodku leczenia uzależnień https://detoksfenix.pl/ przejść specjalną terapię.
OdpowiedzUsuńJestem pod wrażeniem. Bardzo fajny artykuł.
OdpowiedzUsuńFajnie to wszystko zostało tu opisane.
OdpowiedzUsuńCo by nie mówić to oczywiście są to bardzo ważne sprawy i ja także jestem zdania, że fajnie jest wiedzieć gdzie terapia młodzieży przynosi zamierzony efekt. Moim zdaniem bardzo dobra opcją jest udanie się do https://www.terapiapoznan.pl/terapia-mlodziezy/ gdzie każdy znajdzie zrozumienie i wsparcie.
OdpowiedzUsuńKorzystanie z usług psychologa może być kluczowym krokiem w drodze do lepszego zdrowia psychicznego. Warto zauważyć, że psycholog nie tylko pomaga w radzeniu sobie z problemami emocjonalnymi, ale także oferuje wsparcie w sytuacjach kryzysowych. Często ludzie zapominają, że dbanie o psychikę jest równie ważne jak dbanie o ciało. Dlatego regularne wizyty u specjalisty mogą przynieść wiele korzyści. Więcej informacji na ten temat można znaleźć na stronie: https://dominikhaak.pl/.
OdpowiedzUsuń