Boy, if life were only like this. If life were only like this.
Woody Allen, Annie Hall


wtorek, 7 maja 2013


Media jak narkotyk, narkotyk jako medium?

Biorąc pod uwagę tematykę moich poniższych rozważań, mogłabym tłumaczyć swe opóźnienie intensywnym zgłębianiem tajników wyżej wymienionych oraz utratą poczucia/upływu czasu tudzież kontaktu z rzeczywistością, ale... Żarty na bok, bo temat poważny, a ja usprawiedliwiać się nie lubię - bardzo przepraszam za zamieszczenie tekstu po czasie Wszystkich Czytelników i Zainteresowanych!
            - Nie wpadlibyście do mnie na trochę? Jest wolna chata. A facet mojej mamy ma parę fantastycznych longów: Led Zeppelin, David Bowie, Ten Years After, Deep Purple i podwójny album z Woodstock. [1]
            Od tych, zdawałoby się, niewinnych słów zaczynały się pierwsze narkotykowe "spotkania" bohaterów legendarnej już dzisiaj książki, tytułowych Dzieci z Dworca ZOO. Wydarzenia opisane w tym ponad dwustu stronicowym reportażu, będące osobistym doświadczeniem Christiane F. - wówczas zaledwie nastoletniej dziewczynki - a także jej przyjaciół, rodziny, znajomych stanowią po dziś dzień nadal wstrząsające, poruszające i przerażające w swej istocie świadectwo. Aż trudno uwierzyć, że ten koszmar rodem z Berlina Zachodniego lat 70. ubiegłego wieku naprawdę miał miejsce. W tekście tym nie chcę jednak dłużej rozwodzić się nad niewątpliwym tragizmem tych historii, które nigdy nie powinny były się  wydarzyć. Chciałabym jedynie pokusić się o próbę stworzenia listy kilku przykładów tego, jak narkotyki stają się dla ludzi rodzajem medium, ale też i w drugą stronę - jak media stają się opium dla mas.

SEX, DRUGS AND ROCK'N'ROLL

            Rozmawiali o muzyce. O muzyce, o której niewiele jeszcze wiedziałam. Uwielbiałam wszystkie te zespoły grające dla smarkaczy. (...) Po krótkim czasie, mnóstwa się już nauczyłam. Znałam nie tylko muzykę, która ich brała, nauczyłam się też ich języka. Był inny, jak wszystko u nich. (...) Spuściliśmy rolety. W świetle, które przez nie przechodziło, unosiły się smugi dymu. Puściłam płytę, zaciągnęłam się i trzymałam dym w płucach tak długo, że aż dostałam ataku kaszlu. Wszyscy byli jacyś tacy skupieni. Każdy gapił się w przestrzeń i słuchał muzyki.[2]
            To już fragment opisujący pokrótce podejście środowiska młodych narkomanów do muzyki. Traktują ją jako niezbędny składnik swoich seansów z haszyszem w tle (a właściwie na pierwszym planie;), które momentalnie przeistaczają się w coś na kształt rytuału, zarezerwowanego tylko i wyłącznie dla sekty wtajemniczonych. Staje się ona dla nich dopełnieniem, wyrażeniem ich stanu. Słuchanie określonego rodzaju muzyki pod wpływem narkotyku poszerza horyzonty tego doświadczenia, zwiększa doznania, otwiera na nowe sensy. Nie jest tajemnicą, iż substancje odurzające mogą powodować zniekształcenie percepcji wzrokowej i słuchowej, a nawet wręcz urojenia i halucynacje. Te wszystkie reakcje ludzkiego organizmu stwarzają więc zupełnie niepowtarzalne, nieporównywalne z niczym innym możliwości percepcji. W tej sytuacji narkotyk staje się swego rodzaju medium, formułującym przekaz i sterującym odbiorem tegoż przekazu.
            Poza tym, krążą przecież rozmaite legendy o tym, jak to Robert Plant i inni uwielbiani przez te środowiska artyści tworzyli teksty swoich największych hitów w narkotycznym transie, przez co, tak naprawdę, nie jesteśmy w stanie w pełni zrozumieć ich przesłania - zapewne już dla samego autora bowiem po powrocie do rzeczywistości, jaką wszyscy znamy, stają się one dość zawikłane i niejasne. Uczestnikom takich seansów być może wydaje się, że poprzez wprowadzenie się w podobny stan (pod)świadomości połączą się oni z Absolutem uosobionym w wokaliście zespołu Led Zeppelin i dzięki temu pojmą wszelakie ukryte treści (włącznie z podprogowym przekazem skierowanym do szatana, jaki ponoć staje się czytelny po przesłuchaniu utworu od tyłu) zawarte w Stairway to heaven.  Ale czyż nie o to w tym wszystkim chodzi? Czyż nie pragniemy odbierać muzyki instynktownie, nie doszukując się w niej sensu literalnego, ale właśnie tego pozaziemskiego (dosłownie;) wydźwięku?

Dla dociekliwych:



WITKACY W LAS VEGAS

            Wyznawcy teorii głoszącej, iż warto szukać nowych perspektyw odbioru sztuki poprzez stosowanie używek, mogą sobie podać ręce z Stanisławem Ignacym Witkiewiczem, czyli Witkacym. Ten oto podhalański malarz, literat, fotografik i filozof, kiedy już zrezygnował z farb olejnych, dochodząc do wniosku, iż za ich pośrednictwem nie jest w stanie zawrzeć w swych obrazach idei Czystej Formy, którą to był wręcz opętany, założył własną "Firmę Portretową". Swym klientom proponował aż 5 różnych typów wizerunków, od A do E. Dla nas najbardziej interesujący jest rodzaj C, jako że zakładał obecność narkotyków w organizmie twórcy. W ten sposób Witkacy portretował głównie swoich przyjaciół i znajomych podczas przyjęć towarzyskich - nie wszyscy mogli więc dostąpić tego "zaszczytu". Na tak powstałych obrazach, oprócz zwykłego podpisu, znajdują się także dopiski informujące o tym, pod wpływem jakich substancji powstały. I tak, na przykład, "Co" oznacza tu kokainę, "Et" - eter, "Eu" - eukodal, "Cof" - niewinną w tym zestawieniu kawę. Pojawia się gdzieniegdzie także "pyfko"/"pywo", którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, a także tajemnicze skróty w rodzaju "FBZ" (fajka bez zaciągania) czy "NP12" (nie palił 12 dni).

Dla porównania: Portret Neny Stachurskiej, 1930 r.


            Strategia twórcza obrana przez autora Szewców to kolejny przykład tego, jak narkotyk staje się medium nadzorującym sztukę, nadającym jej nowy kształt. Zniekształcenia percepcji wzrokowej, objawiające się w zaburzeniach akomodacji[3], ostrości widzenia, szybkości reakcji, także złudzeniach i halucynacjach oraz ich efekty zostają uwiecznione na obrazie. Odbicie rzeczywistości w narkotycznym krzywym zwierciadle to niezwykle inwencyjna i intrygująca droga przekazu tego, co "poeta (i nie tylko) miał na myśli" (albo nawet nie zdawał sobie sprawy, że ma!). W tym miejscu warto wspomnieć chociażby o kultowym w niektórych kręgach Las Vegas Parano w reżyserii członka grupy Monty Pythona (skądinąd, niestroniącego od absurdalnego humoru - niektóre skecze, jak chociażby Znajdź rybę ze słynnego Sensu życia..., dość mocno balansują na granicy surrealizmu i minimalnej choćby czytelności), Terry'ego Gilliama. Bohaterami filmu są dziennikarz Raoul Duke (Johnny Depp) oraz prawnik Gonzo (Benicio del Toro), którzy podróżują przez bezdroża Ameryki, by dotrzeć do Las Vegas, gdzie mają zdać relację z pewnego rajdu. Nieodłącznymi towarzyszami są dla nich wszelkiego rodzaju narkotyki i alkohol, co sprawia, że przeżywają prawdziwie amerykański sen na jawie. Znamienny staje się tutaj też oryginalny tytuł dzieła, jak zwykle wiernie przetłumaczony na język polski (choć przyznaję, akurat w tym wypadku Las Vegas Parano brzmi o niebo lepiej niż Lęk i odraza w Las Vegas), czyli Fear and Loathing in Las Vegas, naznaczający pejoratywnie rzeczywistość używek.
Tymczasem trailer:



MARSHALL MCLUHAN ONCE AGAIN
       
            No, to teraz w drugą stronę - czy media mogą stać się narkotykiem? Z odpowiedzią w swym wykładzie połączonym z ciekawą, psychodeliczną wizualizacją spieszy jak zawsze niezawodny Marshall McLuhan. Posłuchajmy więc, co nasz Guru ma do powiedzenia w tej sprawie:


            Przeciętny Polak każdego dnia spędza przed telewizorem średnio ponad 4 godziny, a 10 % z nas poświęca na oglądanie wątpliwej jakości programów i seriali nawet 2 razy tyle czasu! O tym, że problem naprawdę istnieje, świadczy nawet sam fakt wykrystalizowania się takich terminów jak medioholizm czy tvholizm (telemania) - język bowiem zawsze odpowiada na potrzeby zastanej rzeczywistości. Takie uzależnienie jest najbardziej powszechne - i niestety, także najbardziej niebezpieczne - już u dzieci, niezwykle podatnych na treści oraz środki wykorzystywane przez telewizję. Prowokuje ona hiperaktywność naszych zmysłów, a przede wszystkim oczu, potrafi pochłonąć naszą uwagę na znacznie dłuższą ilość czasu niż początkowo zaplanowaliśmy, często tracimy kontrolę nad jej użytkowaniem, narzuca nam ona swoje reguły gry, niejako przekształcając znaną nam dotychczas rzeczywistość... Czy to nam czegoś nie przypomina? W podobny sposób działają narkotyki - ale wpływ tych zdecydowanie bardziej rzuca się w oczy, dlatego często trudno nam sobie uświadomić nałóg oglądania, nie wymyślono też dotychczas żadnej kuracji odwykowej.
            Myślę, że dość ciekawym zobrazowaniem tego podobieństwa substancji odurzających (i nie tylko, jak się zaraz okaże!;) i odbiornika (czy może należałoby tu raczej powiedzieć - przekaźnika) telewizyjnego są słowa Orsona Wellesa, reżysera obowiązkowej pozycji każdego filmoznawcy (i medioznawcy też!;)  - Obywatel Kane:

Nienawidzę telewizji. Nienawidzę jej tak bardzo jak orzeszków. Ale nie umiem przestać jeść orzeszków.

            Smutne, ale prawdziwe! ;)

OPIUM Z LICENCJĄ NA UŻYW(K)ANIE

            Na koniec chciałabym podkreślić, że powyższy tekst jest jedynie wybiórczym spojrzeniem na kwestię wzajemnych powiązań mediów i narkotyków, w żaden sposób nie wartościującym pozytywnie, jako godnych polecenia wymienionych praktyk odnoszących się do percepcji rzeczywistości i otwierających przez to nowe drzwi do nowych znaczeń w przestrzeni szeroko pojmowanej sztuki. :) Myślę, że najlepiej pozostać przy interpretacji Estery Krumbachovej, czeskiej kostiumografki i scenarzystki, która powiedziała kiedyś, że:

Ludzie XX wieku uwielbiają cuda techniki, do których należy film. To jakiś rodzaj opium.

Pozwólmy więc magii kina na to, by nas odurzyła, uzależniła od siebie, stała się naszą jedyną używką, przez pryzmat której będziemy próbować odbierać rzeczywistość i otwierać się na jej nowe, jeszcze nieodkryte sensy![4]
Monika Ż.
P. S. A w międzyczasie możemy poszukać rybki... :)




[1] Vide: Christiane F., My, dzieci z dworca ZOO, z zapisu magnetofonowego podali do druku Kai Herman i Horst Rieck, tłum. Ryszard Turczyn, Warszawa 1987, str. 30 - 31.
[2] Ibidem.
[3] Przyp. red. : trudne słowo; inaczej nastawność oka; zjawisko dostosowania się oka do oglądania przedmiotów znajdujących się w różnych odległościach.
[4] Przyp. red. vol. 2: żeby nie zrobiło się zbyt słodko: najprostsza droga do kinofilii.

6 komentarzy:

  1. Bardzo fajnie napisane. Pozdrawiam serdecznie !

    OdpowiedzUsuń
  2. Co by nie było to narkotyki są złe i raczej nie mam pozytywnych aspektów tych środków. Tym bardziej, należy walczyć z takim uzależnieniem i moim zdaniem warto jest w ośrodku leczenia uzależnień https://detoksfenix.pl/ przejść specjalną terapię.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem pod wrażeniem. Bardzo fajny artykuł.

    OdpowiedzUsuń
  4. Fajnie to wszystko zostało tu opisane.

    OdpowiedzUsuń
  5. Co by nie mówić to oczywiście są to bardzo ważne sprawy i ja także jestem zdania, że fajnie jest wiedzieć gdzie terapia młodzieży przynosi zamierzony efekt. Moim zdaniem bardzo dobra opcją jest udanie się do https://www.terapiapoznan.pl/terapia-mlodziezy/ gdzie każdy znajdzie zrozumienie i wsparcie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Korzystanie z usług psychologa może być kluczowym krokiem w drodze do lepszego zdrowia psychicznego. Warto zauważyć, że psycholog nie tylko pomaga w radzeniu sobie z problemami emocjonalnymi, ale także oferuje wsparcie w sytuacjach kryzysowych. Często ludzie zapominają, że dbanie o psychikę jest równie ważne jak dbanie o ciało. Dlatego regularne wizyty u specjalisty mogą przynieść wiele korzyści. Więcej informacji na ten temat można znaleźć na stronie: https://dominikhaak.pl/.

    OdpowiedzUsuń